,

[Felieton] Najpiękniejszy samobój w historii polskiego futbolu

Po jednym z długo oczekiwanych występów polskiego klubu w rozgrywkach Ligi Mistrzów, z zaciekawieniem przyglądałem się dyskusji jaka rozgorzała na Twitterze. Dyskusji na temat tego, jak dobrze, mimo wyniku 1:5, zagrała w Madrycie warszawska Legia. Dyskusja o tyle dziwna, bo okraszona takimi stwierdzeniami jak „było dobrze”, „mogło być gorzej”, „dobra gra”… i tak dalej, i tak dalej. Ta dyskusja, i opinie jakie w niej padały, jest najlepszym dowodem na to jak nisko upadł polski futbol. 21 lat czekał polski klub by awansować do Ligi Mistrzów, awansował to fakt. Wejście do grupowych rozgrywek miał piorunujące.

Trzy mecze, bilans oczywisty – zero punktów, 1:13 w bramkach. Po czym czytamy, że w Madrycie nie było źle, tylko 1:5. Tak, jasne… z Realem, który nie musiał włączyć nawet trzeciego biegu dostajemy tylko 1:5 i to powód do dumy. Mam się śmiać czy płakać? Ku*wa śmiać! „Piękne” mecze przeciwko Borussii, Sportingowi czy Realowi są tylko kolejnym potwierdzeniem miejsca polskiej piłki w Europie. I niech nie zwiedzie was dobry występ reprezentacji na Euro, szczytem popierdolenia byłoby, gdyby w 38-milionowym kraju nie znaleźć kilkunastu chłopaków potrafiących kopać porządnie piłkę. Obraz nędzy i rozpaczy dopełniają takie marki jak Stjarnan, Zalgiris, Levadia, Karabach czy inne wynalazki od których czołowe polskie kluby przez lata odbijały się na europejskiej arenie. Wiecie co to znaczy? Wiecie jakie wskazuje nam to miejsce w europejskim futbolowym łańcuchu pokarmowym? Żadne, bo nas przez lata wydalano, wysrywano z tych rozgrywek. I tak za kilka tygodni wydalony zostanie Mistrz Polski. Taki jest nasz futbol. Jest gównianym produktem opakowanym, wielomilionowym kosztem, w kolorowe sreberko.

Co mamy w środku? Skorumpowane środowisko, którego nie udało się wrocławskim prokuratorom wyplenić, stronniczych sędziów, zachłannych menadżerów, przygłupich piłkarzy których marzeniem jest ławka w Bundeslidze (wszak pieniądz będzie się zgadzał), właścicieli i prezesów klubów nie mających pojęcia o ich prowadzeniu. Na końcu mamy dziennikarzy, którzy za pieniądze napiszą wszystko. Dziennikarzy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy, że mają prawo do kreowania rzeczywistości. Dziennikarzy których największymi zawodowymi osiągnięciami są selfie z piłkarzami światowego topu. A to wszystko w oparach takich klasyków jak Górnik Łęczna – Termalica w komentarzu Wojtka Jagody…

Wszystko to jest dla szarego polskiego kibica łatwiejsze do przetrawienia tylko i wyłącznie ze względu na atmosferę. Na dopingujące młyny, oprawy, pirotechnikę i ciśnienie na przeciwnika. Na boisku nie ma się czym podniecać, i nie będzie przez najbliższe 2-3 dekady… Na zachodzie, na którym podobno sobie z chuligaństwem, oprawami i pirotechniką dawno poradzili, wydarzenia jak na derbach Trójmiasta, są rzeczą normalną. Bundesliga, stawiana za wzór, jest najlepszym dowodem na to, że polscy działacze i dziennikarze bredzą, że są oderwani od rzeczywistości. Latające piro? Jest. Wjazdy na murawę? Są. Awantury na trasach? Są. Bluzgi? Są. Są, są, są i będą. Niemcy już dawno ewentualne incydenty wliczyli w koszty widowiska. Uznali, że osoby za to odpowiedzialne stanowią mały ułamek ogółu frekwencji. I już dawno uznali, że nie będą karać na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Konsekwencje wyciągać mają odpowiednie służby. I robią to, sukcesywnie eliminując zakazami kibiców, którzy łamią prawo. Po wjeździe Eintrachtu na murawę nie wpadli na genialny pomysł ogólnego zakazu wyjazdowego. Po kolejnej awanturze Eintrachtu z latającą pirotechniką nadal nie było takiego pomysłu. Są za to natomiast takie pomysły u nas. Sposób ich argumentacji pokazuje jasno, osoby które chcą taki zakaz wprowadzić, i dziennikarze, fapający nad tym pomysłem, niewiele wiedzą na temat kibicowskiej rzeczywistości i tego jak sobie radzić z ewentualnymi problemami. To akurat nie jest dziwne, skoro żyją pod kloszem, świat obserwując z loży VIP albo prasówki…

Ustami Krzysia Stanowskiego, czołowego dziennikarza futbolowego mainstreamu, postraszono ewentualnością wprowadzenia całkowitego zakazu wyjazdowego. No cóż, postraszono. I na tym można by ten temat zakończyć, olać go ciepłym moczem. Ale kilka tez jakie pojawiają się przy okazji tego pomysłu, jest tak komicznych i abstrakcyjnych, że nie da się przejść obok nich obojętnie.

By rozłożyć ten temat na części, zacząć trzeba od przewidywanej reakcji kibolskiego środowiska. W przekazie medialnym pojawia się stwierdzenie o kibicowskiej solidarności. Choć nie wygląda tak, jak ja osobiście bym tego oczekiwał, daje mi jednak powody ku temu by spodziewać się bojkotu. Po wydarzeniach w Bydgoszczy, rykoszetem oberwali kibice wielu klubów. Był przykaz z góry, z samej góry, przynajmniej ministerialny, o ile nie samego jaśnie nam wtedy panującego Donka, by kibicom dopierdolić. Oczywiście dopierdolono, nawet tym, którzy niczym nie zawinili. Dla mnie konsekwencje tamtych wydarzeń to gorzka pigułka, którą musiałem przełknąć. Środowisko nie stanęło ramię w ramię do walki z systemem. Być może podskórnie czuło, że w tamtym momencie, w trakcie przygotowań do Euro, przy chorej na kiboli władzy, że nie ma szans. Każdy swoją rzepkę skrobał. Każdy miał swoje argumenty. Ogólnopolskiego bojkotu nie było, a szkoda bo pokazałby siłę jaka drzemie w środowisku. Było, minęło. Czy ogólnopolski zakaz wyjazdowy spowoduje, że staniemy solidarnie do walki? Dzisiaj trudno powiedzieć. Ale za pewnik przyjmuję, że nikt nie odpuści. W najgorszym wypadku każdy powalczy we własnym zakresie. A piłkarze, prezesi czy nawet ten Wojtek Jagoda z telewizji i tak to zauważą. Chyba, że założą im kaganiec na mordę by nie mogli mówić o chujowej atmosferze i braku dopingu…

Owszem, brak kibiców w klatce, da klubom możliwość sprzedania większej ilości biletów. Tylko kto miałby je kupić, skoro już teraz na topowych spotkaniach, na których są goście i jest ciśnienie, trudno o komplet? Frekwencja może jedynie polecieć w dół. I pamiętajcie, wbrew szamanom zza dziennikarskich biurek, nie jest nawet teraz oszałamiająca. Mniejsze nakłady na ochronę? Na razie bujda na resorach, trzeba jej będzie zatrudnić tyle samo, albo i więcej, skoro frekwencja ma rosnąć.

Bezpieczeństwo? Fakt, race nie polecą do klatki albo w drugą stronę. Tylko pamiętać musicie o tym, że awantury towarzyszą piłce nożnej od jakiś 120 lat. Albo inaczej, to zjawisko jest tak stare jak piłka nożna. Dlaczego więc, nagle za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko ma się zmienić? Dlaczego ludzie, którzy poświęcili kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat kibicowaniu, mieliby sobie odpuścić? Bo pan dziennikarz ma taki pomysł? Polska chuliganka może nie jest tak aktywna jak dekadę  temu, ale żyje, co widać prawie każdego weekendu. Jeżeli ktoś myśli, że Lech z ŁKSem odpuszczą sobie polowanie na koalicję WRWE (albo odwrotnie!) to się grubo mylicie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że policji po tym cudownym uzdrowieniu polskiego futbolu, pozostanie tyle samo pracy co wcześniej. Nie zabezpieczą stadionu mając w perspektywie kibolski nielegal? Zostaną w domach bo jest zakaz wyjazdowy? Aż tak głupi nie są by nie zdawać sobie sprawy, że kibol i tak ruszy w trasę, a wtedy dupsko muszą ruszyć i oni. A to przecież kosztuje…

A, że pieniądze na zabezpieczenie spotkań idą z budżetu, że nie płacą za to kluby? Nosz ku*wa jak nie płacą? Nie słyszałem jeszcze by jakiś klub w Polsce doczekał się zwolnienia z podatków. Przeliczcie sobie frekwencję przez średnią cenę biletów i policzcie ile wynosi te 8% VATu które Leśnodorski z Rutkowskim muszą płacić, a to tylko wierzchołek podatkowej piramidy.

Dziś trudno powiedzieć, czy taki zakaz w ogóle wejdzie w życie. Jeżeli wjedzie, będzie wprowadzony od dupy strony, bo wokół tej dyscypliny nic nie udało się w Polsce zrobić dobrze. Niebezpiecznym narzędziem jest ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, ale i ją da się obejść. Wariantów jest wiele, bezsporne jest jedno, żaden kibol nie położy laski na kibicowanie bo ktoś mu zabroni pojechać na mecz.

AdamS

p.s. w Europie sobie poradzili; Beskitas – Napoli, PSV – Bayern, Kopenhaga – Leicester, Benfica – Dynamo Kijów, Sevilla – Dinamo, a to nawet nie dwa dni europejskich pucharów…

,

[Felieton] Against Mod€rn Football: level hard

Gdy w gabinetach dwóch starych klubów z Lipksa; Chemie i LOK, trwały rozmowy na temat przejęcia któregoś z tych klubów przez monstrum pod nazwą Red Bull, nikt chyba nie zdawał sobie sprawy, że ambitny plan awansu do Bundesligi uda się zrealizować tak szybko. Na szczęście dla fanatyków obu wspomnianych klubów, decydenci nie zdecydowali się sprzedać duszy energetycznemu diabłu. Po części w skutek protestu kibiców, ale jednak, kluby zdecydowały się zachować swoją tożsamość, nie zaprzepaszczać historii i tradycji tych dwóch znanych wschodnio-niemieckich marek.

Zdesperowani menadżerowie Red Bulla znaleźli w końcu frajera który pozwoli się przefarbować. Padło na malutki klubik SSV Markranstadt. Łatwo poszło ponieważ klubik z przedmieść Lipska nie miał grupy fanatyków takiej jak Chemie i LOK. Machina finansowa szybko ruszyła do akcji i praktycznie z roku na rok klub pod nazwą Rasenball Sport Leipzig awansował do kolejnych klas rozgrywkowych. I w końcu zakończenie sezonu 2015/2016 zaowocowało upragnionym awansem do Bundesligi. Miasto kuszone wizją pierwszej Bundesligi i przyjazdu największych niemieckich klubów, udostępniło RB stadion miejski, jedną z aren MŚ 2006.

W miarę rozwoju sportowego, wokół klubu zaczęła się tworzyć grupa ludzi aspirujących do miana ultras. Z tą różnicą, że jedyne co mają z tym pojęciem wspólnego, to oprawy jakie z bólem zaczęli tworzyć. W awanturze wokół RB, jego korzeni, marnej historii i kolosalnych ambicji, przytaczane były takie argumenty jak „każdy kiedyś zaczynał” itd…

Im wyżej piął się klub z Markranstadt, tym więcej było pod jego adresem głosów krytyki ze strony kumatej części niemieckich trybun. Każda konfrontacja z klubem mającym jakąkolwiek grupę ogarniętych kibiców, kończył się hejtem. Owa walka z modern footballem przybierała różne formy. Oprawy, piosenki, vlepki, ciuchy, wszystko o wydźwięku anty. Jednak dopiero po awansie do Bundesligi zaczęła się jazda.

Najpierw wyjazd do Lipska zbojkotowały kumate ekipy BVB, nie przeszkodziło to piknikom pojawić się tam na wyjeździe. Nie od dziś wiadomo, że piknik ma w dupie ultrasa, a ultras piknika. Jedni swoje, drudzy swoje. Ultrasi BVB chcieli zachować się zgodnie ze swoimi przekonaniami, ich decyzję z ulgą przyjęli w Lipsku, zarówno władze klubu jak i miejscowa policja. Przyjechały tylko pikniki, wszystko było w porządku.

Trochę ostrzej było w Dreźnie przy okazji meczu w Pucharze Niemiec, gdzie próbowano się przyjezdnym dobrać do skóry a z trybun rzucono odrąbany i zakrwawiony byczy łeb. Media rozpętały awanturę, władze klubu z Lipska pytały co będzie następne, szubienice? Dynamo dostało karę, kibiców odpowiedzialnych za incydent zidentyfikowano i oskarżono.

Kolejną ekipą która pojawić się miała w Lipsku była Borussia Monchengladbach. W gronie jej fanatyków długo trwała dyskusja co z tym fantem zrobić. Bojkotować wzorem BVB, czy pojechać i narobić trzodę jak Dynamo. Zdecydowano się na drugą opcję. Choć zapewne nie zakładano jeszcze narobienia trzody. Na wypchanym po brzegi sektorze gości pojawiła się oprawa i transy podkreślające długą historię klubu z Monchengladbach. Ale bez trzody jednak się nie obeszło. Walka z modern footballem weszła na wyższy poziom. Wzorem kibiców Glasgow Rangers, postanowiono rozprawić się ze stadionową infrasktrukturą. Przemeblowano kible i uznano, że zabawnie będzie zalać trybunę. Efekt? Kolejna gównoburza w mediach i dochodzenie policji celem ustalenia sprawców niemałych szkód na trybunie.

Against modern football: level hard. Co będzie następne?

AdamS

,

[Felieton] Co zrobi Prezes?

W czasie gdy internety kłócą się na temat tego, czy Elana jest w topie polskich ekip spod znaku „H” czy nie, w Pucharze Polski dzieją się bardzo interesujące rzeczy. Rzeź na faworytach trwa w najlepsze. Wczoraj z rozgrywkami pożegnała się Lechia Gdańsk, zaliczając agrowpierdol w Niepołomicach. Wcześniej z walki o puchar wypadła Legia Warszawa, wypadło też Zagłębie Lubin.

Kanapowi kibice powiedzą zapewne, że to dobrze, że to norma. Że to właśnie sens tych rozgrywek, dać mniejszym klubom szansę pokazania się w Polsce, czy nawet rozegrania meczu na Stadionie Narodowym. I tutaj zaczynają się schody. Ambicje sportowe z jednej strony, natomiast z drugiej strony mamy ten piękny majowy dzień i finał na Narodowym. Patrząc po wynikach, gwałtownie kurczy się grono ekip które mogłyby chociaż spróbować pokazać się tam na poziomie Lecha czy Legii.

Przypominam gorącym głowom, Lech dostał zakaz wyjazdowy na całą edycję 2016/2017. Różne kombinacje przy tej okazji się już odbywały. Jednak Lech nie jeździ. Na razie to nie problem, wczoraj bez wsparcia z trybun, piłkarze Kolejorza poradzili sobie łatwo w Chorzowie z Ruchem. Przy założeniu, że Boniek będzie trwał przy swoim i Lech na Narodowy nie wejdzie, odpadła w tym meczu chyba ostatnia ekipa która nie miałaby problemu z wykorzystaniem puli 10 tysięcy biletów. Kilka godzin wcześniej odpadł Górnik Zabrze, choć wojujący z klubem i prezydent Zabrza, też poradziłby sobie na Narodowym.

Kto nam zatem pozostał? Wiemy już, że w półfinale zagra któryś z „kopciuszków”; Wigry lub Jastrzębie. W walce nadal są Arka, Śląsk, Wisła, Jagiellonia i Pogoń. Kibiców mniejszych klubów chciałbym przeprosić, ale zakładam jednak, że awans wywalczą mocniejsze zespoły, co nie wyklucza oczywiście niespodzianek. W ćwierćfinałach spotkać mogą się Arka-Śląsk, Lech-Wisła, i ktoś z pary Pogoń – Jaga zaraz z Puszczą Niepołomice.

Półfinały zostaną rozlosowane, więc na tym etapie gdybanie możemy zakończyć, resztę wyjaśni boisko. Z ekip które pozostały w walce o Puchar tylko Lech bez wsparcia zgód zapełniłby trybunę za bramką. Liczę po cichu na taką opcję w wykonaniu Jagiellonii jeżeli uda im się awansować to finału, wszak z Białegostoku do Warszawy (nawet w trakcie męczących remontów) jedzie się 3-4 godziny, pociągiem pewnie szybciej. Czy któraś z pozostałych ekip wypełni trybunę za bramką? Wybaczcie, ale śmiem wątpić.

Co stanie się w przypadku kiedy do finału trzeci raz z rzędu awansuje Lech? Co zrobi Prezes Boniek? Czy ugnie się pod presją? A taka na pewno będzie, jeżeli Lech miałby jednak zostać w Poznaniu, czyniąc tym samym finał smutnym widowiskiem. Patrząc na wyniki i drabinkę, musiał zacząć już obmyślać jakiś plan na taką okoliczność. Szkoda by prestiż rozgrywek, który tak mozolnie jest odbudowywany, znowu stracił przez decyzje centrali.

AdamS

,

[Felieton] Post, relacja, oświadczenie… konferencja?

Patrzcie jakich czasów dożyliśmy… Kiedyś informacje o meczach, wyjazdach i awanturach otrzymywaliśmy listownie, czasami telefonicznie jak ktoś sobie przy różnych dziwnych okazjach wyrobił odpowiednie kontakty w Polsce. Największym źródłem wiedzy o kibolskiej Polsce były ziny, których autorzy publikowane informacje też zbierali pocztą. Tą samą drogą ziny kolportowano po kraju. Z czasem popularna stała się wymiana zdjęć. Niekiedy na odwrotach fotek znaleźć można było dane adresowe innych kolekcjonerów. Im dłuższą trasę po Polsce przebywało takie zdjęcie tym więcej informacji na odwrocie można było znaleźć. Teksty w stylu „Wymiana zdjęć, imię i nazwisko, adres, odpis na 100%” można było znaleźć na coraz większej ilości fotek. Sam mam bardzo dużo takich zdjęć, podobnie jak całkiem pokaźną kolekcję zinów. Z absolutnym królem tamtych lat, znaczy się połowy lat 90-tych, zinem „Szalikowcy”, który w 1995 roku miał już kolorową okładkę i kolorową wkładkę ze zdjęciami!

Dopiero później pojawiło się dobrodziejstwo (albo przekleństwo, zależy jak kto to widzi) w postaci internetu. Zaczęły pojawiać się pierwsze strony, często na geocities, pisane w notatniku. Z pierwszymi kibicowskimi zdjęciami publikowanymi w necie. Jeszcze wtedy nikt nie kłopotał się zamazywaniem twarzy, większość postaci ze zdjęć cieszyła się, że są „gwiazdami” internetu. Tak powstało kilka rewelacyjnych stron które jednak nie przetrwały próby czasu i bezpowrotnie zniknęły z wirtualnej sieci. Jest kilka osób w Polsce, które przezornie zapisywały sobie wszystko na dyskach, próbując to zarchiwizować. Ale i to u wielu osób nie przetrwało próby czasu.

Gimby nie znajo! Tak, nie znajo… większość drapie się po głowie zastanawiając co to w ogóle „zin”, klepią teraz po internetach co to „geocities”. A to taki hosting prowadzony zdaje się przez Yahoo… teraz klepią co to Yahoo… wybaczcie, trudno mi powstrzymać się od śmiechu.

Tylko największe awantury przenikały do medialnej świadomości, do ogólnopolskich mediów. Tak było w latach 90-tych np. z awanturą na finale PP Legia – GKS w 1995 roku, z zadymą Lech – Legia ’97, z derbami GKS – Ruch, czy też meczami reprezentacji. Media się rozwijały, więc i zasięg informacji się zwiększał. Rozbestwili się również odbiorcy, którzy w chwili obecnej informację chcą mieć tu i teraz. W dobie smartfonów, kont na FB i TT, informacje obiegną cały glob w przeciągu kilku minut, ba! kilku sekund.

Wydawało się, że szalone lata 90-te były czasami które były najciekawsze. Owszem były, wszystko było prawdziwe, realne, pozycję w kibicowskiej hierarchii trzeba było sobie wyrobić pięściami. Teraz świadomością masowego odbiorcy rządzi medialność. Ten kto sprawniej posługuje się social mediami prowadzi w wyścigu o prawdę. Pierwsi napiszmy i nic nam nie zrobią… Już pal licho relacje z meczów, galerie, video. Do tego się przyzwyczailiśmy, to jednak ważne źródło informacji. Jednak w czasach kiedy każdy FC ma swój profil na FB, część swoje strony www, a klub X ma kilka czy kilkanaście stron i profili, zalew informacji staje się przytłaczający. Siłą rzeczy nie da się z kakofonii medialnego jazgotu wybrać tej informacji która jest rzetelna, która pochodzi od odpowiedniej osoby. I wtedy, i nagle, na scenę wjechała z buta nowa forma kibicowskiego przekazu… „oficjalne oświadczenie”, „oświadczenie osób decyzyjnych” czy też „oświadczenie grup kibicowskich”. Wjechało z buta i pozostało. W tempie błyskawicznym ewoluowało, pojawiły się oświadczenia do oświadczeń, kontr-oświadczenia i uwaga… oświadczenia nieoficjalne.

Co prawda oświadczenia pojawiały się już wcześniej ale dotyczyły posługiwały się nimi stowarzyszenia w walce z medialną nagonką, czy też ekipy kibicowskie walczące ze swoimi klubami. W natłoku wydarzeń którymi żyje cała Polska, zalewu niesprawdzonych informacji, na front walki medialnej rzucono taką formę komunikacji z kibiconetownią. I będzie ich przybywać. Dzisiaj zapewne pojawią się kolejne…

AdamS

, ,

[Felieton] Champions League – ziemia obiecana?

Prezes Leśnodorski zapewne długo nie mógł w nocy zasnąć, trzeba przeliczyć zarobiony hajs. Na razie na kalkulatorze w złotym iPhonie, ale zawsze… Kwota kilkunastu milionów euro, plus to co wpadnie za ewentualne punkty w grupie, bilety i prawa do transmisji, musi robić wrażenie. Jeszcze tylko trzeba odliczyć na karę za mecz z Dundalk, no… na kolejne kary też bo trudno oczekiwać, że Legia grzecznie jak trusia przesiedzi na trybunach kolejne sześć spotkań grupowych. Ale hajs jednak się zgadza.

20 lat czekania to szmat czasu. Na poziomie Ligi Mistrzów na razie występowali tylko kibice polskich klubów, czy to na mieście czy na trybunach. Prawie zawsze było ciekawie. Polska Kibolska już o dobre dwie dekady wyprzedziła poczynania wkładów do koszulek. To głównie za sprawą takich ekip jak Lech Poznań, Legia Warszawa czy Wisła Kraków (kolejność alfabetyczna!), polska piłka mogła w jakikolwiek sposób zaistnieć w Europie. Nagle po 20 latach odbijania się od bram nieba komuś udaje się tam wjechać. Nie był to wjazd z buta na pełnej ku*wie, bo forma i styl gry piłkarzy w koszulkach z eLką na piersi pozostawia wiele do życzenia. Z bramą, z buta i z przytupem wjechali kibice Legii, zapowiadając powiew świeżości w nudnej jak brazylijska telenowela Lidze Mistrzów.

Legia prawie zawsze w europejskich pucharach prezentowała się dobrze. Stały wysoki poziom na trybunach, strach przed hordą barbarzyńców ze wschodu… Częściej apokaliptyczne wizje jakie towarzyszyły losowaniom z udziałem Legii, musiały ustępować głębokiej uldze bo miasta odwiedzane przez Legię pozostawały przez nią opuszczone w takim stanie jak je Legioniści zastali. Nie palili, nie gwałcili, nie okradali jubilerów, nie porywali kobiet do polskich burdeli. Tam gdzie była okazja, Legia pięściami swoich kibiców zaznaczała swoją obecność. Tak było w poprzednim sezonie np. w Kijowie.

Co przyniesie nowy sezon? Liga Mistrzów to już trochę wyższa półka. Nie ma tu stadioników jak ten w Żylinie. Nie ma tak nieogarniętej policji jak w niektórych miastach starego kontynentu. Są za to nowoczesne stadiony z dobrym monitoringiem, są służby które lepiej się organizują niż popierdółki na Słowacji. Za Legią ciągnąć będzie się łatka rasistów, faszystów, antysemitów, tez słowa zapewne wielokrotnie przewijać się będą przez media w krajach które Legia będzie na swojej europejskiej trasie odwiedzać. I choć te oskarżenia niewiele wspólnego mają z rzeczywistością, można oczekiwać, że Legia łatwo w Lidze Mistrzów mieć nie będzie.

Losowanie jutro o 18.00. Koszyki są praktycznie znane, dziś pozostało jeszcze pięć spotkań. Ich zwycięzcy nie wejdą do koszyków 1-3. Przyjrzyjmy się więc na kogo Legia może trafić w grupowych rozgrywkach.
screenshot-kassiesa.home.xs4all.nl 2016-08-24 14-28-53Piłkarsko większość klubów jest tu poza zasięgiem Legii, która i tak miała problemy z wyeliminowaniem półamatorów z Irlandii. Marzeniem byłoby trzecie miejsce w grupie, dające możliwość rozegrania na wiosnę jeszcze przynajmniej jednego dwumeczu w Lidze Europy. Generalnie jest tu duża grupa klubów które modern football mają już tak mocno zapisany w genach, że cudów od ich fanów oczekiwać nie można. Przyjadą, popiją, może w dziób dostaną i tyle będzie ich widać.

Koszyk pierwszy, zdecydowanie CSKA Moskwa! Widzew, kto wie, może cała nowa koalicja. W Warszawie może być zabawnie z takim przeciwnikiem. Koszyk drugi? Tutaj mam mały problem z typowaniem. Jeżeli ja miałbym wybierać, wybrałbym chyba Borussię Dortmund. Zdziwieni? Atletico + Ruch, być może znowu z całą koalicją? Wolałbym jednak Borussię, chociażby ze względu na krótszą trasę i bardzo duży sektor gości na ogromnym stadionie w Dortmundzie. Koszyk trzeci? W Amsterdamie już byli, mimo zakazu pojawiło się tam trochę Legionistów. PSV? Również tam byli. Dynamo Kijów? Dynamo po gębach już dostało, a i ich sensownej liczby w Warszawie trudno się spodziewać. Postawiłbym na Olympique Lyon. Też pewnie nie pojawią się w jakieś zawrotnej liczbie (może +ŁKS?). Jednak jeżeli mógłbym wybrać z tego koszyka, wybrałbym właśnie Lyon.

Pamiętajcie, to tylko moje indywidualne rozkminki, każdy z was będzie miał swoje typy, swoje upodobania. Losowanie i tak wszystkich wy*ucha i na Łazienkowską przyjecie Messi, Bielik czy jakiś murzynek bambo z Brugge. Z kibicami których wizytę zapomnimy bardzo szybko. Polska Kibolska i tak będzie miała polewkę jak kibicuje się w Barcelonie czy jak łatwo przekrzyczeć całe Emirates Stadium. Ale takie odkrycia to już nic nowego.

Porównajcie sobie teraz to jak, przed jutrzejszymi meczami, wyglądają koszyki do losowania grup Ligi Europy. Legia losowana byłaby z drugiego koszyka. Teoretycznie odpadłyby więc takie ekipy jak PAOK, Fenerbahce, Roma, St. Etienne czy Dinamo Zagrzeb. Pozostałyby jednak Zenit, Olympiakos, Inter, Rapid Wiedeń, West Ham, Feyenoord czy Panathinaikos. I całkiem pokaźna grupa miejsc do odwiedzenia gdzie coś mogłoby się wydarzyć.
screenshot-kassiesa.home.xs4all.nl 2016-08-24 14-41-48
AdamS

, , ,

[Felieton] Grille i grzybobrania czyli weekendowe podchody

Dwie wersje prawdy, czasami nawet trzy przy założeniu, że wliczymy w to kibiconetownię. Jednie wiedzą swoje, drudzy wiedzą lepiej. Słowo przeciwko słowu. Czekaliśmy, wy się obsraliście. To my czekaliśmy ale włączyliście kalkulatory. I tak w kółko. Atmosfera na polskiej scenie kibicowskiej gęstnieje dosłownie z godziny na godzinę. W końcu musi dojść do pierdolnięcia, do konkretnego spotkania, dobrej awantury. Do awantury która przynajmniej na najbliższy czas ustali hierarchię wśród polskich ekip.

Czasy kiedy najmocniejsi godzili się bić banda na bandę niestety minęły. Nastał czas walk koalicja na koalicję. Czy będą one mogły realnie pokazać kto faktycznie jest najmocniejszy? Szczerze w to wątpię. Polska scena kibicowska podzieliła się wyraźnie na 3 obozy. Pierwszy (kolejność przypadkowa!!) stanowi nowa koalicja; Ruch-Widzew-Wisła-Elana i Bóg wie kto tam jeszcze będzie chciał się ogrzać w blasku sławy. Drugi obóz to Lech Poznań do spółki z Łódzkim Klubem Sportowym. Wokół tego układu orbitują ekipy które są zgodami albo jednych albo drugich. Ewentualnie jak w przypadku Cracovii, którzy zgodę mają z jednymi ale ostatnio blisko im też do tych drugich. Powiecie, że to ważne kto z kim. Może i tak, ale ubolewam nad faktem, że nikt nie chce się już bić solo, wszyscy ciągną za sobą jakiś „ogon”.

Trzeci obóz to cała reszta. Sorry panowie, nawet jeżeli wystartujecie w tych zawodach nie macie większych szans na dominację na polskiej scenie. Zgoda Śląsk-Lechia będzie chciała coś udowodnić, pierwsze kroki w tym kierunku nawet już poczynili. Koalicja skupiona wokół HZL nie udowodniła jeszcze swojej siły, owszem pokazali się dobrze na wyjazdach do Sofii czy Belgradu, ale w Polsce nie spotkali się ostatnio z nikim na swoim bądź wyższym poziomie. Głównych rozgrywających na polskiej scenie kibicowskiej nie zaatakują z wiadomych powodów.
Jest jeszcze kilka ekipa które albo chcą pozostać neutralne albo zastanawiają się po której stronie barykady stanąć. Czas pokaże jakie podejmą decyzje.

Trzeba przyznać, że wjazd z buta do Marsylii nowej koalicji trochę rozruszał kibicowską Polskę. Internety leję z kolejnych oświadczeń, ale nie będą w stanie zanegować, że to jednak poważna siła z aspiracjami do rządzenia w Polsce. Po drugiej stronie barykady jest Lech, którego w normalnej walce Ruchowi pokonać się nie udało. Jest też ŁKS, który po wydarzeniach w Poddębicach wyrósł trochę ponad swojego derbowego rywala.

Ambicje jednych, podrażniona duma innych powodują, że każdy weekend (nie tylko ligowy) może przynieść nam bardzo ciekawe wydarzenia. Być może do takich doszłoby już teraz. Wkurwiony atakiem Lechii i Śląska Widzew chciał się odegrać i pokazać swoją siłę. Jak to zwykle w takich przypadkach mamy dwugłos. Jedna strona swoje, druga swoje. Widzew miał zapowiedzieć się, że wjedzie pod stadion Śląska, po czym czekał pod miastem aż Śląsk się zbierze. Widzew zarzuca Śląskowi że na swoim terenie się nie zebrali i do nich nie wyjechali. Śląsk z kolei ciśnie Widzew, że nie miał jaj by wjechać pod kasy tak jak mieli to zrobić. Fakty są takie, że we Wrocławiu czy pod miastem do niczego nie doszło.

Kolejnym epizodem weekendowych polowań miał być wyjazd Kolejorza. Zebrani w dobrej liczbie wspólnie z Cracovią i ŁKSem chcieli spotkać się z koalicją. I tu znowu wracamy do kwestii dwóch punktów widzenia. Lech nie wyda oświadczenia (zrobił to chyba tylko raz, po awanturze w Sarajewie), więc ich wersji w internecie nie zobaczymy. Stawiają się tym samym na przegranej pozycji w kibiconetowych wojenkach, które żywią się oświadczeniami i frejsbukowymi wpisami. Taka ich polityka, wolą swoje udowodnić na ubitej ziemi. Koalicja zarzuca im, że włączyli kalkulatory i się obsrali. Z drugiej strony słychać podobne głosy. Tu faktem jest tylko to, że znowu do niczego nie doszło.

Zobaczymy ile czasu zajmie obu stronom trafienie w końcu na siebie i jaki będzie efekt tego spotkania. Trudno mi uwierzyć w to, że będzie ono miarodajne dla tego kto faktycznie jest w Polsce najlepszy. Oburzy się zaraz reszta Polski, przecież też chcą zaistnieć. Ale panowie, ponownie sorry, nie macie potencjału by dwóm najważniejszym rozgrywającym zagrozić. Z tych weekendowych podchodów, wyjazdów, ustawiania się, z tego wszystkiego co najwyżej dowiemy się która koalicja jest mocniejsza.  Takie czasy niestety…

AdamS

, , ,

[Felieton] AS Trencin – Legia Warszawa okiem „turysty”

Kolejny etap walki warszawskiej Legii o upragnioną grupę Ligi Mistrzów. Ile to już lat od ostatnich występów polskiego klubu w tej że tak powiem „elicie”? Będzie ze dwie dekady. Legia już kolejny raz robi podejście do wyjazdów po najlepszych stadionach Europy. Czy uda się za tym podejściem? Pokażą kolejne mecze, pozostały jeszcze cztery, w zasadzie to trzy bo pańszczyzna na Słowacji została odrobiona…

Niby z lekkością ducha, ale jednak nie tak łatwo, Legia poradziła sobie ze Zrinjskim Mostar, fanatycy zaliczyli całkiem sympatyczny wyjazdy. Czas jednak było przestawić się na kolejnego przeciwnika – AS Trencin. Pecha mają niemałego kibice tego klub, nie dość, że kibicowska Słowacja nie traktuje ich poważnie, to jeszcze muszą zasuwać prawie sto kilometrów do Ziliny by obejrzeć mecz swojej drużyny w europejskich pucharach. Cóż, oldschoolowe stadiony mają swój urok ale grać w Europie to się na nich nie da. I tak fanatykom spod znaku czarnej eLki przyszło wybrać się do Ziliny.

Stadion niby normalny, ale w naszej rzeczywistości można go rozpatrywać w kategorii „kurnika”. Niby cztery zadaszone trybuny ale jednak patrząc przez pryzmat tego co nam wybudowano przed Euro, trochę mało. Przede wszystkim mały sektor gości, zdecydowanie za mały dla kibiców Legii. Dostali niecałe 600 biletów, co na tak bliski wyjazdy (ok 500 km.) to ilość zdecydowanie niezadowalająca. Na takim dystansie Legia wzięłaby w ciemno pewnie ze cztery razy więcej biletów. To był pierwszy problem, nie wszyscy chętnie mogliby to spotkanie obejrzeć, szczególnie że miejscowi zastrzegli od razu, że nie będą sprzedawać biletów na inne sektory kibicom z Polski. Dramat.

Legia wykorzystała co miała do wykorzystania. Przyjechali w komplecie. Wybór środka transportu, czyli autokarów, trochę ograniczył im pole manewru, bo łatwo było ich namierzyć i zatrzymać. Co miejscowe burki skrzętnie wykorzystały i nie dały fanom Legii możliwości zwiedzić miasta. Słabo, bo każdy chciałby sobie przed meczem w spokoju usiąść, wypić piwko i zjeść dobry obiad. Zaznaczyć swoją obecność, postraszyć miejscowych samą swoją obecnością. I tak mundurowi pokierowali większość warszawskiej wycieczki prosto pod sektor gości. Tam jednak pokazali, że mają serce i puścili Legionistów w okolice stadionu i hotelu, gdzie przynajmniej mogli coś zjeść, kupić piwo, czy zaopatrzyć się w pobliskim Lidlu. Lepsze to niż nic.

Sam mecz to pokaz tego jak powinien wyglądać sektor gości i jak powinno się dopingować. Miejscowi mogli tylko machać telefonami jeden przez drugiego próbując coś nagrać czy zrobić zdjęcia. Miejscowa policja musiała odetchnąć z ulgą, nie ziścił się ich czarny sen o swastykach, latającym piro i gwałtach pod stadionem. A przyznać trzeba, byli całkiem poważnie spięci oczekując na przyjazd warszawskiej ekipy.

Miejscowi… znaczy się gospodarze tego meczu. No cóż można o nich powiedzieć. Hm… Pełen piknik, plus chyba cała słowacka antifa. To, że kibice Trencina mają ciągoty w lewą stronę było wiadomo nie od wczoraj. Przegląd tego co pojawiło się na ich „dopingującej” trybunie to już lekka wiksa. Nawet nie wiem od czego zacząć. Z gęby nie byli podobni zupełnie do nikogo, tylko do woodstockowej elity niejakiego Owsiaka Jerzego. Zarośnięte mordy, tunele w uszach, nosy poprzebijane jakimiś dziwactwami, dredy, koraliki, słowem pełen zestaw. Ciuszki jakby z darów dla powodzian, St. Pauli, Bohemians Praga, antifa, tęczowe flagi, nawet Biris Norte #lol… Do tego flaga ze znanym i obśmiewanym na całym świcie symbolem antyfaszystów. Podobno faktycznie w gościnie byli u nich towarzysze z Hamburga.

Widać było po trybunach, że więcej niż połowa widzów to typowi oglądacze piłki nożnej. Spotkani, powiedzmy to normalni, kibice Trencina narzekali, że muszą tyle (niecałe 100km) jechać by obejrzeć mecz w europejskich pucharach. Zresztą „przyjezdnych” z Trencina była na stadionie mniej niż połowa. Reszta to miejscowi oraz typowi piknikowi kibice którzy przyjechali obejrzeć Mistrza Polski i sprawdzić czy jego kibice faktycznie zgwałcą wszystkie panny w mieście, okradną jedynego miejscowego jubilera i spalą stadion. Ku ich zdziwieniu nic takiego miejsca nie miało. Z ulgą odetchnęła też policja, która nie miała praktycznie żadnej roboty w tym dniu, no może poza machaniem lizakami by Legionistów pokierować na odpowiedni parking.

I tak Legia przyjechała, zwyciężyła i spokojnie mogła udać się w drogę powrotną. Natomiast jej kibice mogą już zastanawiać się kogo los przydzieli im w kolejnej rundzie, gdzie wśród potencjalnych przeciwników znowu jest… Celtic Glasgow #lol

„Turysta”

,

[Felieton] Francuska rewolucja, czyli Euro 2016

Przyszedł czas by w końcu podzielić się z wami refleksjami na temat zakończonego niedawno Euro. Przyznam, że długo zbierałem się do napisania tego tekstu, ale czas najwyższy to zrobić póki temat nadal świeży. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tej imprezie a okazało się, że to najlepsze kibicowskie Euro jakie w ogóle pamiętam. Zaznaczę, że to moje subiektywna opinia i zapewne znajdą się tacy którym ten tekst się nie spodoba.

Czytając teksty z francuskiej prasy na temat organizacji Euro widać było jak Francję zaczyna ogarniać panika w związku z tym co może się podczas mistrzostw wydarzyć. Dwa tematy które wałkowano bez końca to zagrożenie terrorystyczne i oczywiście najazd chuliganów wszelkich możliwych nacji. Media we Francji poleciały tak mocno po bandzie, że wieszczyli nadciągające śmierć i zniszczenie praktycznie z każdego kierunku Europy. Trochę się z tego podśmiechiwałem, szczególnie gdy czytałem o strachu przed polskimi kibicami. Z jednej strony mieliśmy wieszczące widmo kibolskiej apokalipsy media, z drugiej francuską policję która robiła wszystko by zapanować nad wylewającą się z mediów wizją końca tego pięknego kraju który miał Euro zorganizować.

Na tapecie byli oczywiście Anglicy, dalej (w dowolnej kolejności) obawiano się oczywiście Polaków, Rosjan, Niemców. W przypadku tych pierwszych, dumnych synów Albionu, nie mogło obejść się bez przypomnienia „Bitwy o Marsylię” która odbyła się w 1998 roku podczas Mistrzostw Świata. Może apokaliptyczne wizje prasy miały jakąś moc sprawczą, bo to właśnie ulice Marsylii były najważniejszą sceną tego Euro. Mistrzostwa nie zdążyły się nawet dobrze rozpocząć a już było grubo. Oczywiście za sprawą Anglików, którzy jakby chcieli potwierdzić, że obawy przed ich najazdem nie były bezpodstawne. Trochę w tym udziału miejscowych arabów, którzy urządzili sobie polowanie na przyjezdnych, ale sprawa się dokonała – Angole znowu rozrabiali. Już po pierwszym wieczorze przez brytyjskie media przelała się fala hejtu pod adresem angielskich hool’s. Trudno się dziwić. Jednak nikt nie spodziewał się, że będzie to tylko preludium do późniejszych wydarzeń.

english-hooligans

O ile wydarzenia roku 1998 słusznie nazwano „Bitwą o Marsylię”, o tyle trzydniowe awantury które mogliśmy śledzić podczas tego Euro trzeba już nazwać „Wojną o Marsylię”. Takiej apokalipsy nie spodziewał się nikt. Drugiego dnia dumni Anglicy znowu rozrabiali na ulicach miasta, tłukli się z policją, miejscowymi i mniejszymi grupkami Rosjan. W dniu meczu trafiła kosa na kamień, wjechali w nich Rosjanie. I to wjechali ku*wa z przytupem. Ro*pierdolili Anglików jak gnój po polu. Ci byli w takim szoku, że jedyne co potrafili wygęgać to oskarżenia pod adresem francuskiej policji, że ta ich nie potrafiła obronić. Legenda legła w gruzach. Z popiołów wyłonił się nowy potentat – Rosja. Chuligańska Rosja to coś czym straszono przed Euro, ale nikt  na zachodzie tak po prawdzie nie wiedział do czego chuligani ze wschodu są zdolni. No to pokazali… Zdecydowany zwycięzca konkurencji „hooligans” to Rosjanie. Nikt z taką fantazją nie wywinął jeszcze takiej akcji.

russian-hooligansSzczytem bezczelności było nagranie ataku na Anglików kamerką go-pro, z którą jeden z uczestników biegał po uliczkach Marsylii napierdalając biednych przyjezdnych z wysp. Film trafił szybko na YT i w niewyobrażalnym tempie zaczął zyskiwać popularność. Pokazano go chyba we wszystkich poważnych mediach, szczególną popularnością cieszył się na wyspach, gdzie jakby mało było Anglikom upokorzeń puszczano go do porzygu. Taki modern hooliganism, chuliganka w FPP.

go-pro

Jakby Anglikom było mało upokorzeń to jeszcze zostali przegonieni po trybunach Velodrome po zakończeniu zremisowanego meczu z Rosją. Europa była w szoku. Takie sceny na imprezie tej rangi? A jednak, zdeterminowani Rosjanie zakpili sobie nie tylko z Anglików ale równie mocno z organizatorów tej imprezy. Ten śmieszny pan o aparycji Jasia Fasoli, który podobno jest szefem jednostki antychuligańskiej miał szczęście, że nie zjechał na zawał widząc co się w Marsylii wyprawia. Jak mantrę powtarzał w ciągu tygodni poprzedzających Euro, że policja jest doskonale przygotowana do tej imprezy. Na ziemię sprowadziły go media, jeszcze lepiej zrobili to policjanci z innych krajów którzy przyjechali pomóc zapanować nad kibicami. Równo pojechali z nim przede wszystkim Anglicy, którzy przyglądali się zabezpieczeniu imprezy w Lille. To francuska policja została oskarżona o eskalację wydarzeń w Lille, gdzie awanturowali się już praktycznie tylko angielscy kibice.

policeNa trybunach Anglicy potrafili zaistnieć tylko śpiewając „God save the Queen”, na tym ich wkład w Euro się kończy. Choć przyznać trzeba, że hymn w wykonaniu dumnych Lwów Albionu to majstersztyk. Reszta dopingu w ich wykonaniu do przemilczenia. Zwycięzcami w kategorii doping, jak i w ogóle sposób zaprezentowania się na Euro, są zdecydowanie Węgrzy. Spragnieni wielkich imprez, dumni ze swojego kraju, pokazali na Euro coś czego dawno nikt nie był w stanie zaprezentować. Jestem pełen podziwu dla ich liczb, dopingu, organizacji. Węgrzy zaskoczyli ale też zachwycili. Co mecz w ich wykonaniu to lepszy. Już na inaugurację z Austrią pokazali coś czego trybuny na takim turnieju dawno nie widziały. A euforia po bramkach, piłkarze wpadający w ręce kiboli, po prostu mistrzostwo świata. Węgrzy pokazali, że pasja w piłce nożnej jeszcze nie umarła, że mod€rn football jeszcze nie wszystkich wszamał i zwrócił. Szkoda, że ich przygoda z turniejem skończyła się na 1/8 finału. Życie kibicowskiej w lidze węgierskiej z roku na rok coraz bardziej obumiera. Restrykcje, bojkoty, i nagła eksplozja fanatyzmu na meczach reprezentacji. Chociaż określenie „nagła” jest trochę na wyrost, ponieważ dobra organizacja na meczach węgierskiej kadry to nie novum pokazane światu podczas Euro. Tak trzymać!

hungariaWspominamy obrazy z mistrzostw, Rosja, Anglia, Węgry…… a przecież Polacy nie gęsi, swój styl też mają. I to jaki… z przytupem powraca kibolski styl lat 90-tych. Chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy jak mocno na polskiej scenie kibicowskiej namiesza powstanie nowej koalicji. Ledwo ogłoszono układ Ruch – Wisła, nowa koalicja wjebała się z drzwiami w kibolską Polskę. Nie czekali do rozpoczęcia ligi, wysokie aspiracje pokazali już w Marsylii, wjeżdżając w Śląsk i Motor, obijając przy okazji kilka mniejszych ekip. Kto, komu, kiedy i dlaczego zostawimy na razie na boku. Faktem jest, że polska scena kibicowska zaczyna przechodzić chyba najważniejsze przemiany od wielu, wielu lat. Powstanie tak mocnej koalicji szybko doprowadziło do rozmów na szczycie między innymi ekipami. To nie miejsce na rozważania, kto z kim wejdzie w układ, jakie nowe zgody będą odpowiedzią na zaistniałą sytuację. Faktem jest jednak, że Euro 2016 dla nas Polaków również stało się pewnym symbolem. Kilka zdjęć z Marsylii przejdzie do historii polskiego ruchu kibicowskiego. A całe to zamieszanie staje się początkiem nowej polskiej kibicowskiej rzeczywistości.
polskaZmiany, zmiany, zmiany. Tak jak Euro przeraziło kilka nacji które dotychczas uznawały, że ich pozycja w piłkarskim świecie jest niepodważalna, tak równie zaskakujący (przynajmniej z perspektywy punktu wyjścia, czyli przed rozpoczęciem imprezy) przebieg miało Euro na płaszczyźnie kibicowskiej. Mam wrażenie, że nic nie będzie już takie samo. Upokorzenie Anglików, triumf Rosjan, zajebisty pokaz fanatyzmu w wykonaniu Węgrów, w końcu mocny punkt zwrotny dla polskich kiboli. Doceńmy to Euro, bo kolejne może już nie być tak obfite w kibicowskie wydarzenia.

AdamS

, , ,

[Felieton] Byłem, Partizan widziałem…

Grobari, HZL, koalicja, Grobari, HZL, koalicja… i tak ciągle bez przerwy przez prawie dwa tygodnie. Trzeba przyznać, że los był dla Zagłębia łaskawy, pierwsza od dawna przygoda w Europie i od razu dobre wyjazdy; najpierw Sofia, później Belgrad. Szczególnie ten drugi miał należeć do tych które wspominane będą przez lata. Niestety nie był, choć chłopaki zapewne ze łzami w oczach będą przypominać kilka historii z tego wyjazdu. Nie jest to jednak ani czas ani miejsce na ich przywołanie, jeżeli będą chcieli sami to opiszą. Przyszedł jednak czas na rewanż, słynni Grobari mieli zawitać do Polski. Szum wokół tej wizyty narastał z dnia na dzień, dość szybko pojawiła się informacja, że wspierać ich będzie nowa koalicja. Wojownicy klawiatury z kibice.net rozpisywali się na temat tego kto się pojawi, kto z kim klepnie układ, czy wreszcie komu to nowa koalicja nie spuści wpie*dolu w ten piękny czwartkowy wieczór.

Próbuję sobie przypomnieć ostatnie wizyty bałkańskich ekip w Polsce. Niestety Łysy z UEFA nie był zbyt łaskawy bo wiele ich nie było. Tych wartych zapamiętania było jeszcze mnie. Kilkanaście lat temu do Krakowa przyjechał Hajduk Split, w Grodzisku grała Crvena Zvezda, Lech mierzył się z FK Sarajevo. Chorwacja grała w Polsce na Euro 2016. W końcu przyszedł czas na konfrontację Zagłębia z Partizanem. Na razie najwięcej „szczęścia” mieli przedstawiciele LPH. To im w udziale przypadły trzy awantury z przedstawicielami bałkańskiego stylu kibicowania. I za każdym razem z inną nacją. W 2007 roku próbowali swoich sił z Crveną Zvezdą wracającą z Grodziska, od której najpierw usłyszeli, że Delije się nie ustawiają, że interesuje ich tylko spontan. I spontanicznie wyskoczyli na Kolejorza ze sprzętem. Drugie podejście do wizyta BBB w Poznaniu podczas Euro 2012 i awantura na rynku, w czasie której w powietrzu latało wszystko co było pod ręką. Trudno się dziwić, szans na pięści BBB nie mieli z Lechem żadnych. Po awanturze goście z Zagrzebia ogłosili światu swoje zwycięstwo ale mając w perspektywie rewanż szybko z Poznania się zawinęli. W końcu Lech miał pojechać do Sarajewa na eliminacje Ligi Mistrzów. Miejscowi prężyli się w internecie i trzeba przyznać, że na słowach nie poprzestali i spróbowali na LPH podnieść rękę. Pecha mieli niemałego bo nauczeni doświadczeniem chuligani Lecha postanowili zabawić się z miejscowymi na ich warunkach, i sprawili im mocne lanie. Awanturę w Sarajewie, nie bez powodów, będą w Wielkopolsce długo wspominać. To jedno z najważniejszych wydarzeń z udziałem polskiej ekipy na arenie europejskiej. Pokaz siły poznańskiej ekipy która tylko potwierdziła swoją pozycję na europejskiej scenie.  Reszta polskich ekip takiego szczęścia z bałkańcami nie miała. Teraz przyszedł czas na Zagłębie.

Wyjazd poza przygodami na granicy raczej niczym wielkim się w historii polskiej sceny kibicowskiej nie zapisze. Do konfrontacji z Grobari, czy też z kimkolwiek kto mógłby tam na nich czekać, nie doszło. Przyszedł więc moment rewanżu. Postanowiłem na własne oczy zobaczyć jak prezentują się słynni Grobari.

Kilka polskich ekip pojawiło się by sobie obejrzeć i posłuchać jak dopinguje się w bałkańskim stylu. Był Lech, Legia, Cracovia, Górnik Zabrze, nie przypucują się ale był też Śląsk. Fotoreporterów portali kibicowskich było chyba więcej niż tych pstrykających piłkarzyków. Do Lubina zjechali się groundhopperzy z Niemiec i Czech. Zagłębie oczywiście ze wszystkimi zgodami, najlepiej wśród nich prezentował się Zawisza, dobra liczba i praktycznie zero wynalazków. Zagłębie jeżeli coś mogło zrobić lepiej, to odpalić piro ale wiem, że mieli duże problemy z tymi co zawsze w tej sprawie. Szkoda. Doping momentami bardzo dobry, spodziewałem się rekordu frekwencji ale niestety trochę zabrakło by pobić rekord z derbów ze Śląskiem.

Liczbę na sektorze gości mocno zawyżyła nowa koalicja, której wg. nich samych było 240 osób (Ruch-Widzew-Wisła-Elana), w sumie gości niewiele ponad 600 osób. Polska część sektora przyjezdnych poza kilkoma okrzykami i pociskiem na ŁKS, tylko patrzyła jak bawią się Grobari. A przyznać trzeba, że bawili się dobrze. Dopingowali praktycznie przez cały mecz, w swoim bałkańskim stylu, niekoniecznie głośno ale za to melodyjnie i wg. kolegi mówiącego po serbsku, bardzo wyraźnie. Rozbawiła nas wszystkich sytuacja z końcówki regulaminowego czasu, kiedy widząc mizerię jaką prezentuje na boisku Partizan, zostali wezwani (dosłownie!) pod sektor goście gdzie musieli wysłuchać kilku słów „otuchy”. Niewiele to pomogło, dogrywka i karne dla Zagłębia i sensacja stała się faktem, bo tak trzeba rozpatrywać wyeliminowanie serbskiej drużyny.

Przeglądając sobie fotki z sektora gości, nietrudno zauważyć, że Serbowie nie wzięli na wyjazd nikogo traktującego mecz jak wycieczkę. Zero przypadkowych facjat, w najlepszym wypadku można zaryzykować stwierdzenie, że telewizja pokazałaby ich tylko w kronice kryminalnej. Współczuję temu kto połasi się na hajs i wynajmie im cały hotel albo wpuści do restauracji <śmiech>. Taki bałkański klimat, to było widać również po tym jak na sektorze gości w Grodzisku zaprezentowali się Delije. Wyjazd do nie wycieczka.

Nie wiem czy to kwestia genów, kultury, czy Bóg wie czego, ale my Polacy nie potrafimy tak dopingować. Nie nauczymy się tego, nie pomogą żądne treningi dopingu. Nie mamy tego we krwi. Możemy być głośniejsi, ale na przyśpiewki, melodyjność dopingu z bałkańskim klimatem nigdy nie wygramy. Zastanawiam się czasami skąd w Polsce taki pociąg do bałkańskiego stylu, regularne wyjazdy na derby Belgradu, zajawka Torcidą czy BBB z najlepszych czasów. Czy to tęsknota za spontanem, którego w rzeczywistości rządzonej przez mundurowych, wojewodów i władze klubów, już w Polsce trudno uświadczyć? Czy może za stylem dopingu którego nie będziemy nigdy w stanie doścignąć? Partizan pokazał się dobrze, ale bez większych rewelacji. Zawiedzeni mogą być ci którzy spodziewali się awantury i latającej pirotechniki. No cóż, nie tym razem. Zobaczymy kiedy los kolejny raz będzie dla polskiej ekipy łaskawy i przydzieli nam kogoś z wielkiej bałkańskiej czwórki Crvena-Partizan-Hajduk-Dinamo. Choć jak pokazał wyjazd Lecha do Sarajeva, poza tymi trzeba miastami też na Bałkanach istnieje kibolskie życie. Wczorajsze derby Sarajeva tylko to potwierdziły. Oby do następnego!

AdamS