,

[Felieton] Najpiękniejszy samobój w historii polskiego futbolu

ExtremeSupporters

Po jednym z długo oczekiwanych występów polskiego klubu w rozgrywkach Ligi Mistrzów, z zaciekawieniem przyglądałem się dyskusji jaka rozgorzała na Twitterze. Dyskusji na temat tego, jak dobrze, mimo wyniku 1:5, zagrała w Madrycie warszawska Legia. Dyskusja o tyle dziwna, bo okraszona takimi stwierdzeniami jak „było dobrze”, „mogło być gorzej”, „dobra gra”… i tak dalej, i tak dalej. Ta dyskusja, i opinie jakie w niej padały, jest najlepszym dowodem na to jak nisko upadł polski futbol. 21 lat czekał polski klub by awansować do Ligi Mistrzów, awansował to fakt. Wejście do grupowych rozgrywek miał piorunujące.

Trzy mecze, bilans oczywisty – zero punktów, 1:13 w bramkach. Po czym czytamy, że w Madrycie nie było źle, tylko 1:5. Tak, jasne… z Realem, który nie musiał włączyć nawet trzeciego biegu dostajemy tylko 1:5 i to powód do dumy. Mam się śmiać czy płakać? Ku*wa śmiać! „Piękne” mecze przeciwko Borussii, Sportingowi czy Realowi są tylko kolejnym potwierdzeniem miejsca polskiej piłki w Europie. I niech nie zwiedzie was dobry występ reprezentacji na Euro, szczytem popierdolenia byłoby, gdyby w 38-milionowym kraju nie znaleźć kilkunastu chłopaków potrafiących kopać porządnie piłkę. Obraz nędzy i rozpaczy dopełniają takie marki jak Stjarnan, Zalgiris, Levadia, Karabach czy inne wynalazki od których czołowe polskie kluby przez lata odbijały się na europejskiej arenie. Wiecie co to znaczy? Wiecie jakie wskazuje nam to miejsce w europejskim futbolowym łańcuchu pokarmowym? Żadne, bo nas przez lata wydalano, wysrywano z tych rozgrywek. I tak za kilka tygodni wydalony zostanie Mistrz Polski. Taki jest nasz futbol. Jest gównianym produktem opakowanym, wielomilionowym kosztem, w kolorowe sreberko.

Co mamy w środku? Skorumpowane środowisko, którego nie udało się wrocławskim prokuratorom wyplenić, stronniczych sędziów, zachłannych menadżerów, przygłupich piłkarzy których marzeniem jest ławka w Bundeslidze (wszak pieniądz będzie się zgadzał), właścicieli i prezesów klubów nie mających pojęcia o ich prowadzeniu. Na końcu mamy dziennikarzy, którzy za pieniądze napiszą wszystko. Dziennikarzy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy, że mają prawo do kreowania rzeczywistości. Dziennikarzy których największymi zawodowymi osiągnięciami są selfie z piłkarzami światowego topu. A to wszystko w oparach takich klasyków jak Górnik Łęczna – Termalica w komentarzu Wojtka Jagody…

Wszystko to jest dla szarego polskiego kibica łatwiejsze do przetrawienia tylko i wyłącznie ze względu na atmosferę. Na dopingujące młyny, oprawy, pirotechnikę i ciśnienie na przeciwnika. Na boisku nie ma się czym podniecać, i nie będzie przez najbliższe 2-3 dekady… Na zachodzie, na którym podobno sobie z chuligaństwem, oprawami i pirotechniką dawno poradzili, wydarzenia jak na derbach Trójmiasta, są rzeczą normalną. Bundesliga, stawiana za wzór, jest najlepszym dowodem na to, że polscy działacze i dziennikarze bredzą, że są oderwani od rzeczywistości. Latające piro? Jest. Wjazdy na murawę? Są. Awantury na trasach? Są. Bluzgi? Są. Są, są, są i będą. Niemcy już dawno ewentualne incydenty wliczyli w koszty widowiska. Uznali, że osoby za to odpowiedzialne stanowią mały ułamek ogółu frekwencji. I już dawno uznali, że nie będą karać na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Konsekwencje wyciągać mają odpowiednie służby. I robią to, sukcesywnie eliminując zakazami kibiców, którzy łamią prawo. Po wjeździe Eintrachtu na murawę nie wpadli na genialny pomysł ogólnego zakazu wyjazdowego. Po kolejnej awanturze Eintrachtu z latającą pirotechniką nadal nie było takiego pomysłu. Są za to natomiast takie pomysły u nas. Sposób ich argumentacji pokazuje jasno, osoby które chcą taki zakaz wprowadzić, i dziennikarze, fapający nad tym pomysłem, niewiele wiedzą na temat kibicowskiej rzeczywistości i tego jak sobie radzić z ewentualnymi problemami. To akurat nie jest dziwne, skoro żyją pod kloszem, świat obserwując z loży VIP albo prasówki…

Ustami Krzysia Stanowskiego, czołowego dziennikarza futbolowego mainstreamu, postraszono ewentualnością wprowadzenia całkowitego zakazu wyjazdowego. No cóż, postraszono. I na tym można by ten temat zakończyć, olać go ciepłym moczem. Ale kilka tez jakie pojawiają się przy okazji tego pomysłu, jest tak komicznych i abstrakcyjnych, że nie da się przejść obok nich obojętnie.

By rozłożyć ten temat na części, zacząć trzeba od przewidywanej reakcji kibolskiego środowiska. W przekazie medialnym pojawia się stwierdzenie o kibicowskiej solidarności. Choć nie wygląda tak, jak ja osobiście bym tego oczekiwał, daje mi jednak powody ku temu by spodziewać się bojkotu. Po wydarzeniach w Bydgoszczy, rykoszetem oberwali kibice wielu klubów. Był przykaz z góry, z samej góry, przynajmniej ministerialny, o ile nie samego jaśnie nam wtedy panującego Donka, by kibicom dopierdolić. Oczywiście dopierdolono, nawet tym, którzy niczym nie zawinili. Dla mnie konsekwencje tamtych wydarzeń to gorzka pigułka, którą musiałem przełknąć. Środowisko nie stanęło ramię w ramię do walki z systemem. Być może podskórnie czuło, że w tamtym momencie, w trakcie przygotowań do Euro, przy chorej na kiboli władzy, że nie ma szans. Każdy swoją rzepkę skrobał. Każdy miał swoje argumenty. Ogólnopolskiego bojkotu nie było, a szkoda bo pokazałby siłę jaka drzemie w środowisku. Było, minęło. Czy ogólnopolski zakaz wyjazdowy spowoduje, że staniemy solidarnie do walki? Dzisiaj trudno powiedzieć. Ale za pewnik przyjmuję, że nikt nie odpuści. W najgorszym wypadku każdy powalczy we własnym zakresie. A piłkarze, prezesi czy nawet ten Wojtek Jagoda z telewizji i tak to zauważą. Chyba, że założą im kaganiec na mordę by nie mogli mówić o chujowej atmosferze i braku dopingu…

Owszem, brak kibiców w klatce, da klubom możliwość sprzedania większej ilości biletów. Tylko kto miałby je kupić, skoro już teraz na topowych spotkaniach, na których są goście i jest ciśnienie, trudno o komplet? Frekwencja może jedynie polecieć w dół. I pamiętajcie, wbrew szamanom zza dziennikarskich biurek, nie jest nawet teraz oszałamiająca. Mniejsze nakłady na ochronę? Na razie bujda na resorach, trzeba jej będzie zatrudnić tyle samo, albo i więcej, skoro frekwencja ma rosnąć.

Bezpieczeństwo? Fakt, race nie polecą do klatki albo w drugą stronę. Tylko pamiętać musicie o tym, że awantury towarzyszą piłce nożnej od jakiś 120 lat. Albo inaczej, to zjawisko jest tak stare jak piłka nożna. Dlaczego więc, nagle za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko ma się zmienić? Dlaczego ludzie, którzy poświęcili kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat kibicowaniu, mieliby sobie odpuścić? Bo pan dziennikarz ma taki pomysł? Polska chuliganka może nie jest tak aktywna jak dekadę  temu, ale żyje, co widać prawie każdego weekendu. Jeżeli ktoś myśli, że Lech z ŁKSem odpuszczą sobie polowanie na koalicję WRWE (albo odwrotnie!) to się grubo mylicie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że policji po tym cudownym uzdrowieniu polskiego futbolu, pozostanie tyle samo pracy co wcześniej. Nie zabezpieczą stadionu mając w perspektywie kibolski nielegal? Zostaną w domach bo jest zakaz wyjazdowy? Aż tak głupi nie są by nie zdawać sobie sprawy, że kibol i tak ruszy w trasę, a wtedy dupsko muszą ruszyć i oni. A to przecież kosztuje…

A, że pieniądze na zabezpieczenie spotkań idą z budżetu, że nie płacą za to kluby? Nosz ku*wa jak nie płacą? Nie słyszałem jeszcze by jakiś klub w Polsce doczekał się zwolnienia z podatków. Przeliczcie sobie frekwencję przez średnią cenę biletów i policzcie ile wynosi te 8% VATu które Leśnodorski z Rutkowskim muszą płacić, a to tylko wierzchołek podatkowej piramidy.

Dziś trudno powiedzieć, czy taki zakaz w ogóle wejdzie w życie. Jeżeli wjedzie, będzie wprowadzony od dupy strony, bo wokół tej dyscypliny nic nie udało się w Polsce zrobić dobrze. Niebezpiecznym narzędziem jest ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, ale i ją da się obejść. Wariantów jest wiele, bezsporne jest jedno, żaden kibol nie położy laski na kibicowanie bo ktoś mu zabroni pojechać na mecz.

AdamS

p.s. w Europie sobie poradzili; Beskitas – Napoli, PSV – Bayern, Kopenhaga – Leicester, Benfica – Dynamo Kijów, Sevilla – Dinamo, a to nawet nie dwa dni europejskich pucharów…